Wpisy

O TYM, JAK STRACIŁAM WIARĘ W LUDZI

Kiedy Hrabianka w wieku niespełna trzech lat poszła do przedszkola, pojawiła się konieczność kupna dla niej drugiego fotelika samochodowego. Tatuś zawozi jednym autem, mama odbiera drugim, no nie przeskoczysz. Ponieważ wozimy dzieci tyłem do kierunku jazdy i planujemy to robić tak długo, jak się da, wybór był niewielki. Do tego fakt, że dojazd do przedszkola trwa z zegarkiem w ręku 10 minut (dwa odcinki Peppy, wiem, co mówię), a trasa wiedzie przez same drogi osiedlowe, szkoda nam było wydawać 1500zł na drugi fotelik. Do fotelików używanych z internetu zaufania nie mam, zrobiłam więc risercz i znalazłam jakiś fotelik Noname za trzy stówy, który wg opisu dało się montować tyłem. Uznaliśmy, że na 10min dziennie styknie.

Po zakupie okazało się niestety, że tyłem to i owszem, ale tylko do 9kg, czego w opisie nie było, przez co wylądowaliśmy z tanim fotelikiem Noname, którego jedyny atest mówił tyle, że sam z siebie nie wybuchnie, w dodatku montowanym przodem do kierunku jazdy, co oznaczało, że równie bezpieczne byłoby przewożenie Bibi na krześle od stołu przypiętym do fotela pasami.

Poszliśmy więc po rozum do głowy i zakupiliśmy od znajomych fotelik RWF z którego wyrósł ich syn, a ten Noname postanowiliśmy sprzedać w cholerę. Za 150zł. I o tym właściwie będzie ten post.

Pewnego dnia rano napisała do mnie pani Dżesika w odpowiedzi na moje ogłoszenie, pytając, czy nasz fotelik ma wkładkę dla niemowlaka. Bo ona szuka fotelika dla 6-miesięcznego syna. Trochę mnie zmroziło. Odpowiedziałam, że owszem, wkładka jest, ale w tym foteliku można wozić tyłem dzieci tylko do 9kg wagi. Na to pani Dżesika że jej Brajanek 9kg już waży, ale on w “łupince” tyłem to bardzo nie lubi jeździć i okropnie płacze. Po czym pyta, czy według mnie to będzie dla niego dobry fotelik.

Nie lubię być matką, która uczy inne matki, co mają robić ze swoimi dziećmi, ale wizja półrocznego bobasa przodem do kierunku jazdy, przypiętego pasami na krześle, nie dawała mi spokoju. Odpisałam jej więc dyplomatycznie, że ja moje dzieci wożę tyłem i chciałabym to robić jak najdłużej, bo to jest dla nich najbezpieczniejsze. Poza tym to był fotelik z założenia na krótkie i raczej bezpieczne trasy. Dżesika podziękowała i powiedziała, że będzie się odzywać.

Cztery godziny później pani prosi o adres i pisze, że już jedzie. Podaję jej adres, ale klauzula sumienia nie pozwala mi traktować tej transakcji jak każdej innej. Może na miejscu z nią pogadam, pisała coś, że drugi fotelik będzie jeszcze oglądać.

Nie mija pół godziny, gdy pod dom podjeżdża auto klasy średniej. Na moje oko same dżinsy Dżesiki kosztowały więcej niż 150zł. Brajanek zostaje umiejscowiony na tronie, mąż pani Dżesiki bardzo nieumiejętnie przeciąga pasy przez wkładkę dla niemowląt, przez co jeden pas się skręca. Zwracam mu na to uwagę, ale słyszę że to nie szkodzi. Dżesika wyraża opinię, że śliczny kolor. Brajanek uśmiecha się, więc rodzice są szczęśliwi, tata Brajanka wyciąga z kieszeni spodni 150zł i wciska mi w dłoń, po czym podnosi dziecko razem z fotelem i niesie do auta. Całość trwa może 5 minut. Stoję jak ta miągwa i biję się z myślami, czy lecieć ratować Brajanka, czy przemawiać do rozumu jego matce, gdy Dżesika zabiera głos.
– Bardzo się cieszę, że kupiliśmy wreszcie nowy fotelik. Tak nam płakał nasz Brajanek, że go połowę drogi do Państwa na kolanach wiozłam.

Photo by Ewa Przedpełska