Wpisy

ŚWIĘTA BEZ LUKRU

Przygotowania do nadchodzących świąt idealnie wtopiły mi się dzisiaj w głoszony przez ten blog nurt rodzicielstwa bez lukru. Mówiąc ściślej, utopiłam je wręcz po mistrzowsku w wielkiej beczce dziegciu.

Plany były zacne – ubieranie choinki, manufaktura łańcuchów świątecznych, spacer, może jakiś świąteczny film. No miodzio. Dzieci będą do końca życia pamiętać ten cudowny, rodzinny, przedświąteczny czas.

O, święta (sic!) naiwności!

Zaczęło się od tego, że ojciec rodziny się rozłożył. Na amen. Zdołał jedynie przytaszczyć z tarasu zakupioną wczoraj choinkę i wstawić ją do stojaka, po czym zaległ totalnie na łóżku w sypialni na resztę dnia, zostawiając mnie z całym tym radosnym burdelem samą. No, ale słowo się rzekło, choinka stoi, dzieci już o niczym innym myśleć nie potrafią, więc ubieramy. Co to dla mnie, zresztą, ubrać choinkę.

O, święta naiwności!!!

Poległam już na lampkach. Najpierw nie mogłam ich znaleźć. Przez pół godziny kursowałam między strychem a garażem, bo przecież GDZIEŚ NA PEWNO MUSZĄ BYĆ, bo w pudle z ozdobami, które stało już w salonie, nie ma.

Jak się pewnie domyślacie, lampki były w pudle z ozdobami, które stało już w salonie.

W tym miejscu muszę nadmienić, że w ubiegłym roku któreś z nas wykazało się absolutnym geniuszem logistyki i logicznego myślenia, nabyło albowiem całe osiem i pół kilometra sznura z lamkami na jedną niewielką choinkę. I mimo iż rok temu poświęciłam godzinę z życia na rozplątywanie zdjętych po świętach z choinki lampek oraz zwijanie ich w zgrabną rolkę, dzisiaj już po trzech minutach okazało się , że na kij mi się to zdało i lampki przedstawiają sobą jeden wielki, smutny, splątany do granic możliwości węzeł gordyjski.

Po godzinie (no kidding) w rozplątywanie lampek zaangażowani byli już wszyscy członkowie rodziny łącznie z psem oraz zasmarkanym mężem, i każdy krzyczał na każdego. Nie pomagały nawet sączące się z głośnika kolędy.

Po kolejnej godzinie (NO KIDDING) dzieci znudziły się tą zabawą i zajęły się sobą, co poskutkowało utopieniem kuchni i freskami ze złotej farby na oknie w pokoju Hrabianki.

Kiedy wreszcie rozplątałam ostatni węzeł, osuszyłam blat w kuchni i umyłam okno, miałam ochotę rzucić w kogoś siekierą.

Tym oto sposobem była godzina 13, a ja już marzyłam o wieczorze. Nie muszę chyba mówić, że cały świąteczny nastrój szlag trafił, planowany spacer poprzedzony był 45-minutową histerią Hrabianki z gatunku nadal-nie-wiem-o-co-chodziło-ale-pewnie-odreagowywała-radosne-ubieranie-choinki, zwieńczoną rzucaniem w matkę częściami garderoby przez pół pokoju. Kiedy w końcu wyszliśmy, było już prawie ciemno i zaczęło padać.

Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że na świątecznym filmie od razu zasnęłam. Obudził mnie chwilę później mój syn drugorodny, z płaczem, że on się boi tego filmu i chce oglądać “Maszę i niedźwiedzia”.

I taka mnie teraz nachodzi refleksja, że im bardziej się staram, żeby było idealnie, tym bardziej pewne jest to, że wszystkie plany wezmą w łeb i wyjdzie z tego jedna wielka kaszana. Jedyne, co mnie dziwi, to fakt, że nadal jeszcze mnie to dziwi.

Pozdrawiam Was ciepło, Wy, Matki Niezłomne, które pieczecie, szorujecie i wkładacie przemyślane mini-prezenty w 24 mini-torebeczki na kalendarzu adwentowym w pokoju dzieci. Ściskam Wam dłoń i chylę czoła. Zsiądźcie dzisiaj wieczorem z odkurzacza, otwórzcie książkę i nalejcie sobie lampkę dobrego wina.

komentarze 2

  • Natalia

    Swietny tekst, ostatnio U nas pieczenie pierniczkow skonczylo sie po 5 minutach, bo chlopcy sie znudzili i poszli grac Lego wiec my dzielne mamusie dokonczylysmy same 😉

    • Olga Szymańska

      Ale tak po prostu poszli? Bez awantury? To chyba jednak możecie sobie pogratulować 🙂