Wpisy

WOJNA I POKÓJ, CZYLI MATKA UCZY SIĘ ODPUSZCZAĆ

W urządzanie pokoi dzieci włożyłam wiele serca. Co i rusz dokupywałam jakiś drobiazg – lampkę, poduszkę czy fikuśną półeczkę na dziecięce skarby. Z pokoju Hrabianki byłam szczególnie dumna, bo bez wydawania milionów monet udało mi się uzyskać ciekawą przestrzeń, w której wszystko miało swoje miejsce i sens, i która nie pluła mi po oczach neonowym różem i plastikowymi gadżetami. Trwało to trzy lata, ale wreszcie zaczynałam mieć poczucie, że moje dzieło zbliża się ku końcowi.

Zastanawiacie się, czemu piszę w czasie przeszłym?

Ponieważ moja córka pierworodna, krew z krwi i takie tam, postanowiła PRZEMEBLOWAĆ SOBIE POKÓJ.

Efekt? Biurko zastawiło drzwi balkonowe, półeczka z przyborami do pisania wylądowała jakże praktycznie nad łóżkiem, o które swoją drogą można się zabić, wchodząc do pokoju, ponieważ stoi prawie że w samych drzwiach. Przy okazji w dwóch miejscach powstały jakże gustowne dziury w wyposażeniu, strasząc nagością ścian i wołając rozpaczliwie do ściśniętych w kilku kupkach mebli, żeby ktoś je, na Boga, zasłonił.

Moja pierwsza reakcja? Nie chcecie wiedzieć. Całe szczęście mąż, przewidując tę eksplozję emocji, uprzedził mnie o tym, co mnie czeka na górze, bo już słuchając o tych “ulepszeniach” czułam, jak rośnie mi ciśnienie. Weszłam do pokoju, przywołując w głowie wszystkie znane mi techniki samoregulacji, NVC czy innych mindfullnessów. Mimo tego za progiem trafił mnie szlag. Tyle że, na szczęście, po cichu.

A dziecko? Zachwycone. I mówię tu o człowieku, dla którego szklanka jest zawsze do połowy pusta, które z prezentów cieszy się dopiero wtedy, kiedy upewni się, że nikt inny nie dostał przypadkiem nic lepszego, że na pewno nie mamy dla niej nic więcej, że ma skarpetki w odpowiednim kolorze, a księżyc znajduje się w znaku Koziorożca.

Ja za to pod pewnymi względami jestem perfekcjonistką. Lubię porządek, lubię logikę i sens (mojej lewej półkuli mózgowej bardzo podoba się to, ile słów w tym zdaniu zaczyna się na literę L:)). Na widok nowego pokoju Hrabianki naprawdę prawie dostałam czkawki.

Ale ten nasz mały, wysoko wrażliwy pesymista, pokazuje mi swój nowy pokój, oczekując akceptacji i wsparcia. Ma poczucie sprawczości i panowania nad rzeczywistością. Układa ją sobie tak, jak chce. Na razie meble, niedługo całe życie. Będzie sobie wybierać przyjaciół, którzy niekoniecznie będą mi się podobać. Będzie robić rzeczy, od których wolałabym, żeby trzymała się z daleka. Będzie szła własną drogą. Na razie jeszcze nie wiem, jak sobie z tym poradzę, ale (czysto teoretycznie, a w teorię jestem dobra;)) zdaję sobie sprawę, że najmądrzejsze, co mogę zrobić, to iść z nią tą drogą ręka w rękę, dając jej poczucie, że cokolwiek zrobi, jest na świecie taki człowiek, który zawsze będzie ją akceptować i wspierać.

Dlatego zaciskam zęby i, choć nie macie pojęcia, jakie to dla mnie trudne, akceptuję i wspieram te wszystkie postawione do góry nogami meble. Nie ocham i nie acham (szanujmy się, bądźmy choć trochę wiarygodni), ale daję jej do zrozumienia, że to jej wybór i jeśli dla niej jest OK, to dla mnie też. Jeśli stłamszę ją teraz, wyrośnie w przekonaniu, że matka zawsze wie lepiej, więc po co jej w ogóle o pewnych rzeczach mówić?
A prawda jest taka, że po cichu liczę, iż po trzecim guzie na piszczelu zauważy, że barykadowanie drzwi łóżkiem nie należy do najpraktyczniejszych rozwiązań na świecie.

Słowo daję, nikt mi nigdy nie powiedział, że całe to macierzyństwo będzie tak cholernie trudne.