Wpisy

O TYM, JAK MOJA CÓRKA URATOWAŁA ŚWIAT

To był naprawdę ciężki dzień. Od czterech dni kwitnęliśmy w domu, tocząc nierówną walkę z paskudnym wirusem, czego miałam serdecznie powyżej uszu już po pierwszych dwóch godzinach dnia pierwszego. Zawsze podziwiałam kobiety, które lubią siedzieć w domu z dziećmi i czują się wtedy spełnione i szczęśliwe, bowiem ja do takich osobników bardzo jednoznacznie nie należę. Przymusowe zamknięcie w czterech ścianach sam na sam z moimi własnymi dziećmi sprawia, że z kochającej matki zamieniam się w wielogłową Hydrę lernejską, a każda z moich strasznych paszcz wydaje z siebie inny ryk: “Przestańcie się wreszcie kłócić!”, “Posprzątajcie to natychmiast!”, “Jeszcze raz mnie spytacie o bajki, a kogoś ugryzę!”.

Tym razem jednak myślałam, że chociaż trochę udało mi się oszukać system. Postanowiłam jeździć po obiady do przedszkola, żeby nie sterczeć codziennie w kuchni tylko po to, żeby usłyszeć od przynajmniej 50% moich dzieci “Ja nie będę tego jeść, chcę coś innego!”.

To, czego natomiast nie przewidziałam, to fakt, że codzienne wychodzenie z domu z dwójką dzieci w porze obiadowej wygeneruje jeszcze więcej stresu niż sterczenie przy garach.

Wczoraj moja cierpliwość się skończyła. Najpierw Hrabianka, swoim zwyczajem, wsiadała do samochodu pół godziny, bo tu coś przeszkadza, tam niewygodnie, a jeszcze ona chciała, żebym to ją pierwszą zapięła w pasy, a nie brata, bo ja zawsze jego pierwszego zapinam, a ona jest taka nieszczęśliwa i to jest koniec świata, i w ogóle ona się teraz będzie wić i krzyczeć wniebogłosy przez pół dnia. Na pełnym wkurwie i głodna jak wilk jechałam 7 minut do przedszkola i 7 minut z powrotem. Nie przeszło mi. Po powrocie do domu podgrzałam nam obiad i zaczęłam jeść, licząc, że zaspokojenie głodu chociaż trochę mnie uspokoi. Wzięłam dwa gryzy i zostałam odciągnięta przez pierworodną do łazienki. Te 3 minuty wystarczyły, żeby jej trzyletni brat rozsmarował kaszę gryczaną i ser z naleśników po całej kuchni i połowie jadalni. On tak lubi.

Nastąpiła implozja. Na chwilę straciłam oddech, zrobiło mi się słabo, po czym, niezbyt delikatnie, złapałam wyrywającego się delikwenta za poły i zaniosłam do łazienki, żeby umył ręce i twarz. Słyszałam swój własny głos jakby obok siebie, darłam się jak stare gacie, wygadując bzdury rodem ze średniowiecza. Od tego wrzasku rozbolało mnie gardło.

Wtedy poczułam jak ktoś mnie puka w udo. Stuk, stuk. Popatrzyłam w dół.

“Mamo… Skończyło ci się paliwo.”

Zastygłam w pół wrzasku. Boże. Co ja robię? Moja pięcioletnia córka postawiła diagnozę w punkt. Spokojnie. Racjonalnie. Dorośle. Przecież wszystko to, co się dzieje, to w sumie nic wielkiego. Dzieci płaczą. Dzieci bałaganią. W normalnych warunkach zareagowałabym zupełnie inaczej. Spokojnie, ze zrozumieniem. Ale to nie były normalne warunki – po tylu dniach aresztu domowego moje zasoby się wyczerpały. Miałam kompletnie pusty bak.

Uwierzcie lub nie, ale przeszło mi w sekundę. Ta uwaga zadziałała jak kubeł zimnej wody. Nie tylko dlatego, że była prawdziwa, ale też z powodu ogromnego szoku i dumy, jaka rozpierała mnie gdy tak patrzyłam na moją córkę, z którą od wielu miesięcy z mniejszym lub większym powodzeniem ćwiczę samoregulację. Kiedy to ona jest wściekła, taka uwaga zazwyczaj na nią nie działa. Dlatego byłam przekonana, że całe to moje trucie to jak grochem o ścianę. A tu proszę – samouświadomienie przyszło w idealnym momencie. I uchroniło matkę przed zrobieniem lub powiedzeniem czegoś, czego potem na pewno by bardzo żałowała.

I tak się teraz zastanawiam – jak często nie doceniamy naszych dzieci? Jak często żyjemy w przekonaniu, że nic do nich nie dociera? Kto z nas chociaż raz nie doszedł do wniosku, że bycie rodzicem jest jak wieczne gadanie do obrazu – z tą różnicą, że obraz nie ucieka, kiedy do niego mówimy?

Nasze dzieci uczą się od nas więcej i częściej niż nam się wydaje. Między innymi po to, aby mogły czegoś nauczyć nas, kiedy to do nas nic nie dociera. Okazują się mądre wtedy, kiedy my zapominamy być mądrzy. I całe szczęście, bo inaczej ludzkość szybko by wyginęła 😉

Postaram się pamiętać o tym kiedy następnym razem trafi mnie jasny szlag. Czyli pewnie jutro 😉

PS. Dedykuję ten wpis wszystkim Matkom i Ojcom, którzy siedzą właśnie w domu, wycierają gluty i ratują swój mały świat przed zagładą. Być może Wy też chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o samoregulacji i pomóc Waszym dzieciom regulować swoje (i Wasze;)) emocje. Razem z Hrabianką polecamy Wam książkę dla dzieci, która w mądry i przystępny sposób uczy, co robić, kiedy skończy nam się paliwo: https://dylematki.pl/ksiazka/

(To nie jest wpis sponsorowany:))