Wpisy

DZIEŃ Z ŻYCIA SŁOMIANEJ WDOWY Z DWÓJKĄ DZIECI

Wstaję o 5. To znaczy, o 5 dzwoni budzik. Próbuję zabić go wzrokiem, co jakoś nigdy nie działa, więc go wyłączam, ale ten nie daje za wygraną i co trzy minuty rozdziera się na nowo. Po trzech rozpaczliwie krótkich drzemkach uznaję swoją porażkę i wlokę się do łazienki. Pod prysznicem otwieram prawe oko. Suszę włosy, potem muszę namalować sobie twarz. Ubieram się, schodzę na dół i robię dzieciom szybkie śniadanie.

O 6 budzę jedno, które uwiesza się na mnie jak mała panda. Z dwunastokilogramową pandą na rękach staram się dobudzić drugie, wyjątkowo oporne. O 6.20 pierwszy sukces, oboje siedzą przy śniadaniu. Zaganiam stado do mycia zębów, po drodze rozwiązuję trzy konflikty o to, kto dzisiaj stoi przy prawej umywalce, komu pierwszemu nałożyć pastę i dlaczego on zawsze ma lepiej. Ubieram młodsze w biegu, zakładam majtki tył na przód, poprawiam, w locie chwytam wierzgające nóżki. W międzyczasie usiłuję przekonać starszą, że majtki są ważne. Próbuję ją uczesać – błąd. Znoszę krzyki i piski, że ciągnę i że boli. Zakładam spinki. Ściągam spinki, bo chciała sama i w ogóle to ta różowa miała być po lewej. Pakuję do plecaczka z łosiem niebieski samochodzik i plastikowego rekina. Tłumaczę cierpliwie, że styropianowy miecz się do niego nie zmieści.

Godzina 7.15 – drugi sukces, jesteśmy na dole. Starsza zakłada buty sama, młodszy chce siku. 7.20 wychodzimy. Otwieram samochód i wkładam młodszego do fotelika. Patrzę, jak spierdziela z powrotem na ziemię, bo chciał sam. Zostawiam go i idę do starszej, której jak zwykle przeszkadzają pasy. Wysłuchuję krzyków i pisków, za czwartym razem udaje mi się zapiąć pasy tak, że świat jest znowu OK. Wracam do młodszego, zapinam go, zaciskam pasy, za mocno. Luzuję. Buziak, przytulas. Starsza też chce, więc idę do niej. Buziak, przytulas. Młodszy w płacz, że on też chce. Tłumaczeniem, że on już dostał, stracę jeszcze więcej czasu, więc ponownie otwieram jego drzwi. Buziak, przytulas. Czuję się jak w Dniu Świstaka.

Godzina 7.25 – ruszamy wreszcie spod domu. Po chwili orientuję się, że znowu zostawiłam w przedpokoju torbę ze śniadaniem. Nie wracam się, bo nie mam czasu. O 7.35 jesteśmy pod pierwszą placówką oświatową, wypinam oboje z fotelików, starsza skacze na ziemię na pięć, nie na trzy, tylko na pięć, ale najlepiej po angielsku, więc one-two-three, MAMO JESZCZE RAZ OD POCZĄTKU. W końcu wchodzimy. Córka dzisiaj znowu otwiera przedszkole. Buziaki, przytulasy, miłego dnia. Z pandą na ramieniu pędzę do samochodu.

Fotelik, pasy, buziak, przytulas. Druga placówka, fotelik, pasy, panda. W drugiej ręce plecaczek z łosiem, czapka, bluza, uprana pościel na leżakowanie. Cholera, jest nie ta pani, syn nie chce wejść. Buziak, przytulas, buziak, przytulas, buziak, przytulas, przytulas, przytulas. Po 15 minutach zostawiam pochlipujące dziecko na rękach u nauczycielki i gnam do auta, pełna wyrzutów sumienia i spóźniona. Jadę w korkach przez pół miasta, do biura wpadam o 8.30.

Praca jest fajna. W pracy mogę zjeść śniadanie (jak je sobie kupię, bo zostało w przedpokoju) i wypić ciepłą kawę. Zap****alam z pieśnią na ustach przez osiem godzin. Punkt 16.30 rzucam wszystko i biegnę do samochodu. Jadę w korkach przez pół miasta, do przedszkola docieram o 17.15. Odbieram pandę i plecaczek z łosiem. Buziaki, przytulasy razy milion. Fotelik, pasy i pędzimy po siostrę. Z drugiej placówki wychodzę jak ta Matka Polka Wielbłądzia – jedno dziecko na biodrze, drugie za rękę, w zębach czapeczka, bluza, oblana zupą sukienka w siatce oraz czterdzieści osiem prac plastycznych, z których żadnej nie mogę zgubić ani pognieść.

Foteliki, pasy, jo-jo od prawej do lewej, poprawiam, całuję, przytulam, rozdzielam, uspokajam pięć histerii. Jedziemy do piekarni, bo w domu skończył się chleb. Po drodze wstępujemy jeszcze do warzywniaka, z którego wychodzę niczym Kenijka, z pełnymi torbami i arbuzem na głowie. Dzieci uczepione nóg. Jak dobrze, że mam cztery kończyny.

O 18.15 jesteśmy w domu. Dzieci chcą się ze mną bawić, ja zastanawiam się, w co najpierw ręce włożyć. Wstawiam pranie, ściągam z suszarki suche. Opróżniam zmywarkę. Jedną ręką robię kolację, drugą maluję tęcze i królewny. Przydałaby się trzecia na pandę. Jemy kolację, zaganiam towarzystwo na górę do kąpieli. Banda radośnie rozpierzcha się po kątach, więc chodzę jak ten pastuch i zaganiam od nowa. W akcie desperacji organizuję wyścigi, kto pierwszy do wanny. Po kąpieli zęby, tutaj też nie obywa się bez podstępu. Asystuję w zakładaniu piżam, pakujemy się do łóżka z książkami. Po jednej na łebka, jak zawsze, plus po jednej bonusowo, bo jestem miętki Bolek. O 20.30 rozpoznaję u młodzieży pierwsze oznaki zmęczenia, ja sama przysnęłam już trzy razy.

O 21 bombelki śpią (same sukcesy!), ja zdejmuję soczewki i wkładam w oczy zapałki, człapię na dół. Robię sobie herbatę, po czym o niej zapominam. Wieszam pranie, łączę w pary miliony mini skarpetek. Sprzątam stół i kuchnię po kolacji. Wynoszę śmieci. Rozstawiam sprzęt na wieczorną randkę z prasowaniem, włączam serial, z którego rejestruję co trzecie zdanie. O 22.30 po raz kolejny tego dnia uznaję swoją porażkę i odstawiam do pralni kosz z praniem, w którym nadal nie dane mi było ujrzeć dna. Rozwieszam po szafach ubrania, rozkładam po szufladach mini- skarpetki. Myję zęby, taszczę truchełka do swoich łóżek. Padam na twarz.

O 5 dzwoni budzik…

W drodze do przedszkola przybijam sobie mentalną piątkę za to, że przeżyłam kolejny dzień. Jeszcze tylko cztery tygodnie…

I wtedy znowu widzę JĄ. Idzie poboczem z czwórką dzieci, o 7.20 rano. Jedno w wózku i trójka orbitująca dookoła. Ubrane, najedzone, czyste. Dwadzieścia minut do najbliższego przystanku autobusowego.

Chylę czoła przed wszystkimi samotnymi matkami. Czy w autobusach, czy w Beemkach. Czy w biurze, czy w domu. JESTEŚCIE WIELKIE.