Wpisy

SPOWIEDŹ MATKI NIEIDEALNEJ

Czasami mam wrażenie, że dzień w pracy mija mi zbyt szybko. Lubię ten moment rano, kiedy idę po drugą kawę i uświadamiam sobie, że mam przed sobą jeszcze kilka godzin rozwiązywania dorosłych problemów. W miarę upływu czasu mój poziom adrenaliny rośnie, a w głowie kłębią się coraz czarniejsze myśli. Wychodzę z biura z duszą na ramieniu – czy dzisiaj będzie dobry wieczór, czy znowu zły? Ile razy nie wytrzymam i trafi mnie szlag? Ile razy usłyszę „A dlaczego on ma tak, a ja inaczej, TO NIESPRAWIEDLIWE!!!”? Czy dzisiaj będziemy wracać do domu dziesięć, czy czterdzieści pięć minut? Czy nasz stały od kilku lat harmonogram czynności wieczornych zostanie zakwestionowany tylko dwa, czy może znowu dwanaście razy? Czy wymyślą jakąś wspólną zabawę, czy wypną się na siebie i będą walczyć do upadłego o moją uwagę?

Bywa, że na myśl o weekendzie robi mi się słabo w okolicach czwartku. Dociera do mnie fakt, że znowu będę musiała wyskoczyć z dwóch obiadów, które zostaną zaakceptowane i zjedzone przez trzy osoby o skrajnie odmiennych preferencjach żywieniowych (ja się, oczywiście, dostosuję do dowolnej opcji – taki mój matczyny los). Luz w tym temacie wchodzi mi w niedzielę około godziny 15, kiedy talerze po obiedzie myją się w zmywarce. Z radością przyjmuję każdą propozycję zjedzenia obiadu u znajomych, na mieście albo zamówienia pizzy czy kultowych w naszym domu pierożków na parze. Błogosławię instytucję przedszkola za zapewnianie moim dzieciom rozrywki oraz zróżnicowanego pożywienia przez pięć dni w tygodniu, gwarantując tym samym byt nie tylko mojemu potomstwu, ale również memu wątłemu zdrowiu psychicznemu. Kiedy oboje są chorzy, pochlipuję cicho nad kuchenką.

Na soboty i niedziele staram się zaplanować nam jak najwięcej ciekawych rozrywek, aby zminimalizować czas spędzony w domu tak po prostu, jakimś cudem najbardziej konfliktogenny. Kiedy o godzinie 8:23 po raz trzysta czterdziesty drugi słyszę „MAMOOOO”, mam ochotę zamknąć się w łazience. Czasem to robię. Siadam wtedy na podłodze i przez chwilę oddycham głęboko. Zdarza się, że zatykam uszy, bo „MAMOOOO” przedziera się przez szparę pod drzwiami, nierzadko w komplecie z małymi rączkami. Bywa, że przyłapuję się na zerkaniu na zegarek co dziesięć minut i odliczaniu w głowie czasu do wieczora. Mam wrażenie, że dni, które spędzamy siedząc w domu, trwają średnio około trzydziestu siedmiu godzin.

Walczę sama ze sobą, żeby w weekend nie włączać dzieciom więcej niż jednej bajki dziennie. Najczęściej tę walkę przegrywam. Wymyśliłam już bardzo dużo argumentów, dlaczego oglądanie bajek liczy się jako rozrywka edukacyjna. Już prawie się nawet do nich wszystkich przekonałam.

Czy czuję się przez to złą matką? Czasami tak. Czy jestem nią naprawdę? Obiektywnie i na trzeźwo rzecz biorąc – nie. Nie cierpię argumentów typu “Chciałaś, to masz. Teraz siedź cicho i nie narzekaj”. Każdy ma prawo czuć się przytłoczony. Każdego czasem przerasta. Każdy ma swoje gorsze i lepsze chwile, mocne i słabe dziedziny życia. A dzieci nie da się mieć na chwilę, na próbę – chociaż czasem myślę, że przydałaby się taka wersja testowa, którą można by było w razie czego oddać do salonu w ramach rękojmi. Tylko ile osób by wtedy wracało po wersję ostateczną?

Więc bywa, że narzekam. Ten blog daje mi do tego przestrzeń. Bo kiedy siedziałam w domu miesiąc po urodzeniu pierwszego dziecka, zewsząd bombardował mnie wizerunek matki idealnej, która zawsze wie, czemu jej dziecko płacze, wie, jak temu zaradzić, i robi to z uśmiechem i pieśnią na ustach. A ja nie wiedziałam. Spędziłam pierwsze pół roku swojego macierzyństwa w głębokim poczuciu, że robię wszystko nie tak, jak bym chciała (czy może nie tak, jak powinnam?), ale ponieważ był to mój wybór, to powinnam zagryźć zęby i siedzieć cicho. Karmiąc córkę po nocach szukałam w internecie blogów matek nieidealnych. Chłonąc ich treści odczuwałam głęboką ulgę i wdzięczność.

Z biegiem lat poczucie niepewności zastąpiły inne myśli. Jest świadomość, że bywa trudno. Jest przyznanie przed sobą, że miewam dość. Jest przyzwolenie na to, żeby sobie pomóc, czy to przez zamówienie pierożków na parze, czy przez włączenie dzieciom na godzinę Netflixa.

I tak powoli kiełkuje we mnie akceptacja. Bo potem nadchodzi ten upragniony moment, kiedy zamykają się malutkie oczy i buzie, i w domu nastaje cisza. A ja nadal siedzę przy nich i patrzę jak ta idiotka na te dwa małe potworki, i rozpływam się nad tym, jak bardzo ich kocham. I wiem, że wszystko jest w porządku.

Posiedzę jeszcze chwilę, potem pójdę zrobić coś dla siebie. Jeszcze tylko 5 minut.

Oswajam nieidealność. Jest nam razem coraz lepiej.