Wpisy

THE THINGS WE LOST

Być może los uznał, że za dobrze nam było. Zakopaliśmy się pod mięciutkim kocykiem przywilejów i żyliśmy sobie radośnie i beztrosko z dnia na dzień. I, jak to w życiu bywa, okazuje się, że zaczynamy doceniać całe to dobro dopiero teraz, kiedy wirus odbiera nam nasze wygodne, bezpieczne, przewidywalne życie kawałek po kawałku. Wydarzenia ostatnich kilku tygodni coraz wyraźniej uświadamiają mi, jakie aspekty mojego życia do tej pory były dla mnie oczywiste, i przyjmowałam za pewnik, że zawsze takie będą. Codziennie na nowo odkrywam, jak bardzo nie doceniałam prostych spraw, których teraz tak bardzo mi brakuje.

Straciliśmy możliwość wyboru. I nie mówię tu o tym, że nagle trudno jest dostać w sklepie tempeh i topinambur. Kto śledzi mojego FB, ten wie, że przez tydzień nigdzie nie udało mi się kupić zwykłej mąki. Przeszliśmy od absurdalnie dużego wyboru do pustych półek praktycznie w przeciągu tygodnia. Nie mówcie mi, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach i bez wrodzonych skłonności preperskich na serio brał pod uwagę taki scenariusz. To się działo kiedyś. Czytaliśmy o tym w książkach do historii, ewentualnie słyszeliśmy od rodziców, jak mięso było na kartki, a w sklepach tylko ocet. Ale nas to już przecież nie spotka.

Straciliśmy też swobodę i przywileje. I nie mam na myśli braku możliwości wyjścia do kina czy teatru (chociaż, oczywiście, też). Ale żeby nie można się było ot tak po prostu spotkać ze znajomymi? Umówić na kawę? Pójść do głupiego fryzjera czy dentysty? Nie pójdziesz z dzieckiem do lekarza ani do sklepu. W zamian za to izolacja i te same cztery ściany przez pięć tygodni. Doszło do tego, że w ramach rozrywki wychodzimy z mężem wieczorami na zmianę przejechać się po mieście samochodem. Byle wyjść gdziekolwiek. Byle nie zwariować. Abstrakcja.

Nigdy nie sądziłam również, że przyjdzie mi kiedykolwiek stanąć przed wyborem – praca czy dzieci. W obecnej sytuacji, z racji braku możliwości pracy zdalnej, zostałam praktycznie oddelegowana do bycia matką na pełen etat. Moja kariera, jeśli tak to można nazwać, zasadniczo coś, na co pracowałam przez całe życie, została zawieszona na kołku i czeka na lepsze czasy. Pozostaje mieć nadzieję, że faktycznie poczeka.

Ale ja właściwie nie o tym. Jest bowiem jeden aspekt mojego dorosłego życia, którego, jak się okazuje, nie doceniałam najbardziej, i którego chwilowa strata doskwiera mi chyba najmocniej. To bezwarunkowa i bezwzględna, fizyczna obecność w nim ludzi, którzy zawsze wspierali mnie w trudnych chwilach i na których mogłam liczyć, kiedy nie potrafiłam być w dwóch miejscach jednocześnie. Ludzi, którzy bezinteresownie i z radością nieśli wsparcie naszej małej jednostce rodzinnej, kiedy nasze fundamenty się sypały, kiedy obowiązków było za dużo, a czasu za mało. Ludzi, którzy przybywali z odsieczą kiedy przegrywaliśmy nierówną walkę z gorączką i cieknącymi nosami, niosąc w darze świeży chleb i słoik z pomidorówą. Ludzi, którzy przygarniali do siebie na sobotę dwa małe huragany, żeby rodzice mogli raz na jakiś czas przypomnieć sobie, jak to jest pójść do kina na film bez dubbingu. Superludzi.

DZIADKÓW.

Prawda jest taka, że na hasło “zamknięte szkoły” pierwszą moją reakcją było złapać za telefon i zadzwonić po wsparcie. Przecież dzięki nim jest o tyle łatwiej, przecież zawsze tak było. Wiadomo zresztą, że rzucą wszystko i przyjadą. Ustalą harmonogram, żeby pomóc wszystkim wnukom, i nastawią wielki garnek zupy, żeby starczyło dla każdego. Ale poszłam po rozum do głowy i odwołałam posiłki. Ten kryzys rozwiązujemy sami. Już wystarczająco dużo razy opieraliśmy się na ich pomocy i zaangażowaniu. Teraz jest czas, żeby oddać im to, co od nich dostaliśmy. Opiekę. Troskę. Wsparcie. Zakupy i pomidorówę. Zakasujemy więc rękawy, spinamy poślady i sami wrzucamy tę włoszczyznę do garnka. Sami bierzemy odpowiedzialność za utrzymanie naszych rodzin przy życiu. I za nich. Za ich zdrowie i bezpieczeństwo. Żeby byli z nami jak najdłużej.

I teraz tylko wstyd mi trochę, że musiała nam się przyplątać pandemia, żebym sobie te wszystkie mądre rzeczy uzmysłowiła.

DZIĘKUJEMY. DOCENIAMY. TĘSKNIMY.

A JAK TO WSZYSTKO MINIE, PODRZUCIMY WAM WNUKI NA DWA TYGODNIE 😉

Photo by Ewa Przedpełska

komentarze 2

    • Olga Szymańska

      W pewnym sensie pewnie jest. Mimo wszystko jednak z utęsknieniem czekam na jej koniec!