Wpisy

DWANAŚCIE PRAC MATKI

W moim przypadku całe to bieganie zaczęło się jeszcze na uczelni. Decydując się na studia międzywydziałowe, nieświadomie skazałam się na pięć lat w ciągłym pędzie. Niemiecka gramatyka opisowa kończyła się o 9.30 na kampusie, fonologia angielska zaczynała o 9.45 w zupełnie innym miejscu, a potem na 11.30 trzeba było wrócić na kampus, żeby poćwiczyć portugalskie słówka. Bywało, że jedne zajęcia kończyły się dokładnie o tej samej godzinie, o której zaczynały się kolejne, wtedy pomagała już tylko teleportacja. Z tego okresu zapamiętałam przeogromne zmęczenie. Najwyraźniej jednak nie na tyle ogromne, żeby nie dorzucić sobie dodatkowego zajęcia w postaci działalności w organizacji studenckiej, która z czasem zaczęła zabierać mi przynajmniej trzy wieczory w tygodniu. Dzień w dzień wracałam do domu po 22.

Na czwartym roku rzuciłam wszystko w cholerę i wyjechałam na dłuższy czas do Stanów. Przez pierwsze dwa miesiące miałam tylko jedną pracę, za to na dwie zmiany. Z czasem dobiłam do pięciu naraz – opiekowałam się dziećmi, psami i domami, pracowałam w barze i uczyłam Amerykanów niemieckiego i polskiego. Wróciłam do Polski na dwa tygodnie, po czym wyjechałam na stypendium do Niemiec. Po powrocie uparłam się, że zrobię dwa lata studiów w rok, jednocześnie podejmując moją pierwszą poważną pracę w niemieckim przedstawicielstwie handlowym. Wszystkie zajęcia na uczelni upchnęłam w dwa dni, a w pozostałe trzy chodziłam do biura. Zarówno na uczelni, jak i w pracy spędzałam czasem po 10 godzin dziennie, a w domu zajmowało mnie głównie pisanie pracy magisterskiej.

I tak właśnie weszłam w dorosłość – kurcgalopkiem, z wywieszonym do pasa jęzorem, niedojedzoną kanapką w jednej ręce, zimną kawą w drugiej i butami na obcasie w torebce, bo do tramwaju niewygodnie, a w pracy musiałam jakoś wyglądać. Na wiecznym niedoczasie, ale na tym właśnie polega dorosłość, nieprawdaż?

To było, ekhm, …naście lat temu 😉 Od tego czasu sporo się zmieniło – skończyłam studia, zamieniłam tramwaj na samochód, dwanaście prac na jedną. Ale pojawiły się dzieci. Dwójka, koniecznie, bo sama jestem jedynakiem. Czy teraz mam w życiu większy spokój? Oceńcie sami.

Z własnego wyboru, co by dzieciaki nie spędzały w placówce oświatowej dziesięciu godzin, zmieniłam swoje godziny pracy. Zasiadam przy biurku o godzinie 7.30, co w czasach przedpandemicznych oznaczało, że budzik dzwonił codziennie o nieludzkiej 5.30. Wyszykowanie się zajmuje mi około 45 minut, ale specjalnie wstawałam jeszcze wcześniej, żeby spędzić rano chociaż chwilę z dzieciakami. Punkt 7 wsiadam w samochód. Śniadanie i kawa dopiero w biurze, bo w domu szkoda czasu. Pracuję bardzo intensywnie i wydajnie, żeby dokładnie o 15.30 rzucić wszystko, zamknąć komputer i wyruszyć w popołudniowych warszawskich korkach po dzieci. Jadąc autem obmyślam plan działania – jeśli pojadę tędy, to dam radę szybko zahaczyć o warzywniak, na większe zakupy nie chcę tracić czasu, żeby dzieci zbyt długo na mnie nie czekały. Układam trasę tak, żeby dorwać jeszcze aptekę, piekarnię i drogerię, bo w domu skończył się papier toaletowy. Co chwilę zerkam na nawigację, denerwując się, że tyle to trwa. Odbieram jedno dziecko, szybko, szybko, bo drugie czeka. Pędzę po drugie, Wracam do domu z dziećmi pod pachą, torbami z zakupami w zębach i mordem w oczach.

I żeby nie było – nie jestem jedną z tych matek-męczenniczek, które na własne życzenie siedzą uwięzione w domu z dziećmi. Moje dzieci mają wiedzieć, że mama potrzebuje też czasu dla siebie. Chodzę dwa razy w tygodniu na treningi, to jest mój święty me time. Jeżdżę do fryzjera, do lekarza, spotykam się z przyjaciółmi. Ale moje wyjścia są reglamentowane. Wszystko robię z zegarkiem w ręku. Z treningu wracam na szóstym biegu, bo obiecałam synowi, że mama go uśpi. Uderzam w galop zaraz po przekroczeniu progu przychodni, bo mąż ma ważne spotkanie i muszę szybko z powrotem przejąć dzieci. Bywa, że oboje mamy coś tego samego dnia – wtedy przydaje mi się wyćwiczona na studiach sztuka teleportacji 😉 Wrzucam młodzież do auta i spotykamy się w połowie drogi, przerzucamy dzieci z samochodu do samochodu, on wraca z nimi do domu, a ja pędzę dalej. I znowu to samo: niedojedzona kanapka i zimna kawa, tylko szpilki ostatnio gdzieś w tym biegu pogubiłam.

I teraz tylko nie wiem – czy to dorosłość wystrychnęła mnie na dudka, mamiąc perspektywą odpoczynku, kiedy już wszystkiego się nauczę i wszystko w życiu ogarnę, czy też ja sama jestem sobie winna.

Moje dzieci katują ostatnio stary film animowany “Dwanaście prac Asterixa”. Bohaterowie są w nim zmuszeni do stawienia czoła niemożliwym do zrealizowania zadaniom – walczą z krokodylami, rozwiązują zagadki, pokonują labirynty i uzyskują w do złudzenia przypominającym ZUS urzędzie nieistniejący formularz A38. Jedno wiem na pewno – każda matka machnęłaby wszystkie dwanaście zadań w mniej niż dwie godziny – jeśli tylko wiedziałaby, że zaraz potem musi odebrać dzieci z przedszkola. A w międzyczasie jeszcze ugotowałaby zupę.

komentarze 2