Wpisy

ZA KAŻDYM RAZEM, KIEDY RODZIC PLANUJE, JAKIŚ ANIOŁEK W NIEBIE DOSTAJE CZKAWKI ZE ŚMIECHU

Plan był prosty i w sumie niezbyt ambitny: odbieram dzieci z przedszkola i idziemy na lody. Choć już prawie koniec września, pogoda była iście wakacyjna, no a poza tym nie mieliśmy na to popołudnie żadnych innych planów i absolutnie nigdzie nam się nie spieszyło. Nic, tylko korzystać.

Kiedy odbierałam Panicza z przedszkola, jego nauczycielka powiedziała mi, że tego dnia niestety nie spał. W przeciwieństwie do większości czterolatków mój syn ma OGROMNE zapotrzebowanie na sen i jeśli nie prześpi w ciągu doby przynajmniej 11 godzin, to klękajcie narody. Dlatego, jako jedno z niewielu dzieci, chodzi w przedszkolu na drzemkę, dzięki czemu jest większa szansa, że wieczorem będzie się dało z nim normalnie porozmawiać, bez uchylania się przed nisko latającymi przedmiotami.

Jednak tego dnia nie spał. Akurat tak się złożyło, że jedne z nowych zajęć dodatkowych, na które zapisany był Panicz, zostało wpisane w grafik w porze drzemki. Dziecko poszło, bawiło się świetnie i jak do tej pory nie wykazywało oznak zmęczenia, więc, jak zawyrokowała nauczycielka, może nie będzie tak źle. Pomyślałam, że może faktycznie ma rację, w końcu czekają nas dzisiaj same przyjemności, a poza tym zdążymy wrócić do domu przed wieczornym spadkiem energii, położę go wcześnie i w ogóle gites. No i przede wszystkim obiecałam im te lody, więc nie chciałam sobie nawet wyobrażać reakcji mojego niewyspanego dziecka na wiadomość, że akcja odwołana. Jedziemy.

Właśnie w tym momencie jakiś aniołek w niebie dostał czkawki.

Zaczęło się jeszcze w samochodzie. Panicz zażądał puszczenia na głośnikach piosenki, którą podłapał od siostry, ale kiedy ona również zaczęła podśpiewywać w rytm znanej sobie melodii, wpadł w szał. Normalna sprawa, nie? Każdy by się wkurzył. Oprócz tego irytowało go, że Hrabianka co i rusz trącała go butem (no skandal). Generalnie nie zdziwiłabym się zbytnio, gdyby zaraz potem rozkręcił awanturę, że siostra za głośno oddycha. Ona oczywiście nie pozostała mu dłużna i już po chwili miałam na tylnym siedzeniu Pearl Harbor.

Kiedy zaparkowałam auto niedaleko cukierni i udało nam się wyjść z niego w pełnym składzie (zaliczając po drodze awanturę pt. “Ja chciałem wysiąść pierwszy!!”), udaliśmy się najpierw w kierunku warzywniaka, który mieliśmy idealnie po drodze (uprzedzałam o tym dzieci podczas jazdy, zgodziły się na takie rozwiązanie). Zdążyłam wrzucić do siatki trzy śliwki, kiedy nagle w Paniczu zrodził się jakiś bunt i młody zaczął ciągnąć mnie z powrotem do auta. Kucnęłam obok niego, a na usta cisnęło mi się Największe Pytanie Wszechświata, czyli coś, co każda matka mówi (na głos albo w głowie) przynajmniej osiemnaście razy dziennie: “Co się dzieje?!”. Odpowiedź, którą otrzymałam od mojego czterolatka, być może komuś wyda się dziwna, ale mnie na tym etapie już naprawdę niewiele mogło zaskoczyć.

Bo on chce mi pokazać konika.

Jakiego konika, dziecko drogie, pytam ze spokojem, choć czuję, że żyłka mi zaczyna pulsować na szyi jakoś mocniej. Konia, mamo, tam obok samochodu był konik taki i ja chcę ci pokazać tego konia. Teraz.

Dwie minuty i piętnaście szlochów później udało mi się ustalić, że rzeczony koń stał na wystawie sklepu z badziewiem za 5zł, pod którym zaparkowałam samochód, tego po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Oznajmiłam więc synowi, że bardzo chętnie obejrzę konia, ale skoro już jesteśmy w warzywniaku, to zróbmy zakupy i zanieśmy je potem do auta, oglądając przy okazji zabawkę. Dodałam naturalnie, że zajmie to tylko chwilę i zaraz będziemy z powrotem, do tego bez sensu jest ganiać w tę i z powrotem cztery razy, szczególnie przez tę ruchliwą ulicę bez świateł na przejściu. Krótko mówiąc wyłuszczyłam przynajmniej trzy racjonalne argumenty, których absolutnie żaden czterolatek nie uznałby za wystarczające powody, żeby zaprzestać wycia na środku ulicy, no bo przecież TAM JEST KOŃ.

Przyznaję, że już mnie wtedy z lekka szlag trafiał, wycedziłam jednakowoż przez zęby, że zobacz, kochanie, jakie piękne śliweczki, no i pamiętaj, że zaraz potem idziemy na lody. Zapachniało przekupstwem na kilometr, ale całkiem szczerze miałam to już gdzieś, zresztą niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy w desperacji nie próbował spacyfikować swojego dziecka gałką lodów waniliowych.

Młodzieniec coś tam wymamrotał, trochę już spokojniej, co ochoczo wzięłam za dobrą monetę i energicznie kontynuowałam ładowanie do toreb jabłek, gruszek i śliweczek. Zdążyłam wrzucić do siatki kolejne trzy śliwki, gdy torebka została mi wyrwana z ręki, a mój ukochany syn począł wić się w spazmach, majtając owocami na prawo i lewo, próbując wyciągnąć mnie ze sklepu i krzycząc wniebogłosy coś, co wydźwięk miało mniej więcej taki: NIE BĘDZIESZ MI TU, KOBIETO, ŚLIWEK WYBIERAŁA, KIEDY TEN KOŃ PO DRUGIEJ STRONIE ULICY MOŻE SOBIE W TYM CZASIE GDZIEŚ PÓJŚĆ!!!!

Trzymając kilogram jabłek w jednej ręce, kilogram gruszek w drugiej i wyrywającego się czterolatka w trzeciej, próbowałam intensywnie wytłumaczyć mojemu dziecku, że zabawkowy koń raczej nie nawieje nam przez najbliższe dziesięć minut z wystawy, a jeśli nie zapłacimy za te śliwki, to będzie to zwykła kradzież, i że ja rozumiem, że on by chciał poznać panów policjantów, ale chyba jednak nie w takich okolicznościach. W międzyczasie przed wejściem do sklepu zrobił się zator, a ludzie zaczęli mi rzucać spojrzenia w stylu “Co z niej za matka, że jej dziecko taką scenę w miejscu publicznym urządza”. W całym tym bałaganie intensywnie próbowałam dokonać w myślach bilansu zysków i strat w przypadku wyboru bramki nr 1 (zostajemy i dokończymy zakupy) tudzież bramki nr 2 (zostawiam śliweczki w cholerę i idę oglądać plastikowego konia). Moja wrodzona Helga przeważyła i zostaliśmy w sklepie.

W drodze do auta Panicz pochlipywał, pocierał oczka, ale bardzo dzielnie maszerował w stronę swojego konia. Na miejscu okazało się, że jakimś szczęśliwym trafem plastikowy koń faktycznie nie uciekł z wystawy, a my mogliśmy pójść na lody. Hrabianka wybrała truskawkowe, jej brat cytrynowe i usiedliśmy w pustym ogródku kawiarni. Przez moment panował radosny spokój (przed burzą), no bo co uszczęśliwia ludzi bardziej niż gałka lodów? Już po chwili okazało się jednak, że jak się rodzeństwo dzieliło lodami, to ona wzięła za dużego liza, a on wziął jeszcze większego, a ona miała od początku więcej, a on to właściwie nie liże, tylko gryzie, a miał lizać, i w ogóle mamooooooooooo… Jakby tego było mało, zaatakowały nas znienacka dzikie hordy komarów. We wrześniu.

Zarządziłam więc odwrót. Ufna, że dzieci odpowiednio cztero- i sześcioletnie, potrafią jednocześnie lizać loda i iść, zebrałam moją gromadkę do kupy i (nie bez protestów, of kors, ale takie protesty bez wrzasków na całe gardło już na tym etapie po mnie spływały jak po kaczce) ruszyliśmy z powrotem do samochodu. Po drodze była apteka z podjazdem dla wózków, z którego moje dzieci lubią sobie czasem pozbiegać. Jako że Panicz zjadł już był swojego loda, a Hrabiance została jakaś marna resztka, pozwoliłam im na chwilę biegania – głównie dlatego, że nie miałam siły na kolejną awanturę. Nikogo już chyba nie zdziwi, jak powiem, że skończyło się to i tak awanturą totalną – o to, kto zbiegł więcej razy, kto biegł za kim, a miał za nim nie biec, i w ogóle mamooooooooooo…

Pewnie nie zdziwicie się też, jak powiem, że biegnąc w moją stronę po skończonej awanturze, tfu, zabawie, moje starsze dziecko wywinęło klasycznego orła na chodniku, zdzierając sobie kolano i wsadzając resztki loda truskawkowego w oko.

I tak sobie szłam do samochodu, z jednym dzieckiem na rękach, płaczącym, że go boli kolano, i drugim dzieckiem przy boku, płaczącym, że ono też chce na ręce, i rozmyślałam o urokach macierzyństwa. Jeśli kiedyś spotkacie na ulicy takiego rodzica, uśmiechnijcie się do niego, poklepcie go po plecach, albo lepiej od razu postawcie mu lampkę wina – oto po raz kolejny odkrywa wielką tajemnicę rodzicielstwa: PLANOWANIE TO ZŁO.