Wpisy

ZROZUMIEĆ KRZYK

Ta historia zaczyna się jak wiele innych w życiu każdego rodzica – tego wieczora nic nie zapowiadało katastrofy. Akurat byłam z dziećmi sama. Usypialiśmy jak zawsze, kiedy jesteśmy we troje – wszyscy razem w dużym łóżku. Panicz zasnął w minutę. Raz po raz spoglądałam na Hrabiankę, po cichu licząc na chociaż jeden odcinek serialu obejrzany na kanapie pod kocem. Wszystko wskazywało na to, że zaraz i ona odpłynie.

GDY NAGLE…

“Maaaaaaaamooooooo, ja nie chcę, żeby to drzewo tak wyglądaaaaaaaałooooo!” – zawyło moje starsze dziecko z rozpaczą w głosie.

“Drzewo?! Jakie znowu drzewo?!”

“To drzewo na podwórku, które sąsiad obciął, ja nie chcę, żeby ono było takie obcięte! Bo ono było takie ładne i duże, a teraz nie jest, tylko jest obcięte! Ja nie chcęęęęęęęę! Dlaczego to drzewo jest obcięte, maaaaaaamooooo?!”

Zbaraniałam. Sąsiad przyciął drzewo w swoim ogrodzie miesiąc temu. Skąd ten dramat po tak długim czasie? I czemu jest to nagle aż taki problem? Cała ta sytuacja wydała mi się mocno podejrzana.

Najpierw spróbowałam racjonalnie. Tłumaczyłam, dlaczego sąsiad drzewo uciął, że było za duże, że potrzebował miejsca… Zapomnij. W ciągu dwóch minut panna rozkręciła taką histerię, że wszelkie próby przemówienia jej do rozsądku przypominały dzwonienie na infolinię ZUSu. Po pięciu minutach moja do tej pory zupełnie spokojna córka była niemalże w spazmach, ledwo łapiąc oddech.

Potem zaczęłam więc werbalizować jej uczucia, w końcu tego uczą wszystkie mądre poradniki dla rodziców. Włącz dziecku lewą półkulę mózgową, mówią… Zapomnij. Lewa półkula mózgowa mojej córki popłynęła statkiem w daleką podróż po oceanach wylanych przez nią łez i tyle ją widzieli. Każda próba uświadomienia dziecku, że widzę, jak bardzo jest wściekła i rozżalona, kończyła się jej głośnym wrzaskiem “NIE!! NIE MÓW TAK!!”.

Spróbowałam więc nie mówić nic. Są przecież takie osoby, do których lepiej nie odzywać się, kiedy są złe. Może to będzie klucz do zakończenia tej absurdalnej sytuacji… Zapomnij. Usłyszałam tylko “MAMO! Czemu nic do mnie nie mówisz?? Powiedz coś!!”

Sęk w tym, że nie miałam już absolutnie pomysłu na to, co powiedzieć. Tak bardzo nie rozumiałam tego, co się działo. Kminiłam i kminiłam, o co, u licha, chodzi z tym drzewem? Dlaczego to jest dla niej nagle aż tak bardzo ważne? Siedziałam, przytulałam i kminiłam.

Za drugim razem również nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy. Znowu był wieczór, znowu był spokojny. Usmażyłam dzieciom na kolację placki, co wprawiło je w świetny nastrój. Dobre humory sponsorowała również perspektywa długo wyczekiwanej wizyty babci następnego dnia. Po kolacji spędziliśmy pół godziny zwinięci pod kocem na kanapie, gdzie ojciec rodziny czytał dzieciom nowy komiks z Asteriksem. Kiedy nadeszła pora kąpieli, poszliśmy do łazienki. Zakomunikowałam towarzystwu, że jeśli chcą, mają dzisiaj czas na posiadówę w wannie.

Wtedy gruchnęło.

“Dlaczego ja nigdy nie mogę być sama z babcią, tylko zawsze też z Brunem, dlaczego?? Bruno kiedyś był sam z babcią jak był chory, a ja nie byłam, to niesprawiedliwe! Ja nigdy nie mogę być sama, a to zawsze było moje marzenie, zawsze! I ja miałam taki plan, że ja jutro zostanę sama z babcią, i ja się bardzo napracowałam nad tym planem, i co? I ja nigdy nie mogę mieć dobrego planu, nigdy! Nigdy nie będę mogła być sama z babcią! I to jest niesprawiedliwe, bo Bruno kiedyś był sam z babcią, a ja nigdy nie byłam i jest mi z tego powodu bardzo smutno! I już nigdy nie będzie takiego dnia jak jutro, i już nigdy nie będziemy mogli tego zrobić! I to jest niesprawiedliwe, że ty mi mówisz, że ja nie mogę czegoś zrobić i ja nie mogę tego zrobić, a ty możesz robić, co chcesz! Bo ja nigdy nie będę mogła robić co chcę, bo przecież jak będę dorosła, to będę miała swoje dzieci, a poza tym to już będą inne babcie! A potem ja umarnę i nigdy już nie będę mogła być z tą babcią sama, nigdy!”

Wywód mojego na wpół rozebranego do kąpieli dziecka zdawał się nie mieć końca. Zapętlała swoje racje przez bitych dziesięć minut, łkając przy tym i krzycząc wniebogłosy, jakby autentycznie działa jej się największa krzywda na świecie. Na moją sugestię, że przecież wszystko, co mi tu przedstawia, da się zorganizować, tylko w późniejszym terminie, usłyszałam, że przecież na pewno o tym zapomnimy. Kolejna nieśmiała sugestia, że przecież można by sobie to wszystko zapisać, żeby nie zapomnieć, zaprowadziła jej strumień świadomości do punktu, w którym nowy lokator naszego mieszkania otwiera szufladę w mojej szafce nocnej, wyjmuje tę kartkę, co to sobie na niej wszystko zapisaliśmy, wyrzuca ją do kosza, po czym przyjeżdża śmieciarka i zabiera te śmieci, i…

O MATKO. To jest jakieś szaleństwo, pomyślałam sobie. Siedziałam, przytulałam i kminiłam. W dalszym ciągu bezskutecznie.

Za trzecim razem byłam już jednak ciut lepiej przygotowana. Udało mi się uchwycić ten moment, w którym moje dziecko z beztroskiej, sześcioletniej łobuziary przeistoczyło się w młodego gniewnego Mickiewicza cierpiącego za miliony. To była dosłownie chwila – jakby ktoś jej w głowie przełączył jakąś przekładnię, nacisnął czerwony guzik z napisem “Detonacja”. W jednej sekundzie leżymy spokojnie w łóżku, przytulamy się na dobranoc, w drugiej moje biedne dziecko zalewa się łzami, bo “Ona nigdy nie będzie miała takich pięknych rzeczy jak jej ciocie w przedszkolu, takich flamastrów nowych, a poza tym to wszystkie jej rzeczy są brzydkie, jej pokój jest brzydki, a wszyscy mają ładne rzeczy i ładne pokoje, i ona by chciała wszystkie swoje brzydkie rzeczy sprzedać, ale na pewno nikt ich nie kupi, a tak w ogóle to czemu ona nie ma tyle pieniędzy, co ja, i nie może o sobie sama decydować, a ja mogę, przez co ja jestem szczęśliwa, a ona jest nieszczęśliwa?!”

Historia drzewa skończyła się tak, że dziecko padło z wyczerpania i, pochlipując cicho, po pół godziny wycia w końcu zasnęło. Prysznicowy strumień świadomości udało się przerwać dopiero ojcu rodziny, który z całym swoim męskim pragmatyzmem przedstawił córce instytucję kalendarza w telefonie, w którym można sobie zapisać coś tak, że nie da się tego niechcący rzucić na pastwę śmieciarki. Za trzecim razem, nauczona doświadczeniem, że wszelka próba dyskutowania z argumentami Hrabianki powoduje efekt kuli śnieżnej, zdecydowałam się na opcję “siedzę, tulę i słucham”, dzięki czemu już po dwudziestu minutach mój biedny mały Werter zasnął z łzą zaschniętą na policzku.

Kiedy dziecko śpi, matka siedzi i kmini. Od samego początku byłam absolutnie przekonana, że w pierwszej historii nie chodziło wcale o żadne ucięte drzewo, w drugiej o spełnianie rzekomo odwiecznego marzenia o byciu samej z babcią, a w trzeciej o flamastry. Problem w tym, że nadal nie mam pewności, o co w tych sytuacjach tak naprawdę, naprawdę chodziło. Wiem, że ogromnie trudno mi było patrzeć na moje dziecko, które tak bardzo nie potrafiło sobie poradzić ze swoimi myślami i emocjami. Głęboko wierzę, że dobre, uważne macierzyństwo to nie gotowe rozwiązania rodem z poradnika dla rodziców, a emocjonalne rośnięcie razem z dzieckiem. Czuję wdzięczność, że odnalazłam w sobie siłę, by nie dać się ponieść złości i nie potraktować problemów mojego dziecka powierzchownie (“Przesadzasz, daj spokój, przecież nic się nie dzieje, a tak w ogóle, to przestań wreszcie krzyczeć” i takie tam). Nie bez trudu przyszło mi też dostrzeżenie, że moje dziecko nie krzyczy NA MNIE, a DO MNIE. Krzycząc o flamastry, moje dziecko krzyczy o pomoc. Krzycząc, że jest nieszczęśliwa, a jej marzenia nigdy się nie spełnią, moje dziecko nie przypuszcza ataku na mnie, nie kwestionuje moich metod rodzicielskich i nie okazuje mi braku szacunku. Moje dziecko mówi mi “nie umiem sobie z tym poradzić, nie rozumiem, co się ze mną dzieje”.

Czy potrafiłam udzielić mojemu dziecku takiego wsparcia, jakie mu było potrzebne? Jeszcze nie. Nadal nie wiem, co leży u podstaw tych jej zachowań i z czym tak naprawdę tak bardzo nie potrafi sobie poradzić. Jestem przekonana, że czeka nas jeszcze wiele takich historii.

Ale będę uważnie obserwować i kminić dalej, bo na tym właśnie polega macierzyństwo. Otwieram kolejny rozdział w moim Hrabiankowym podręczniku. Odrabiam lekcje i uczę się na błędach. Na razie, z tej klasówki, daję sobie tróję na szynach, ale może na następnej będzie już ciut lepiej, a kto wie, być może któregoś dnia, kiedy moje dziecko będzie wiodło szczęśliwe, dorosłe życie, wystawi matce świadectwo z paskiem.